Powód jest przede wszystkim architektoniczny. Aplikacja kliencka dostaje jednorazowe, ograniczone czasowo uprawnienie wyłącznie do zapisu, do jednego wydzielonego katalogu — bez prawa odczytu, usuwania i nadpisywania. Kopia przyrostowa wymagałaby odczytu wcześniejszych kopii, bo bez nich nie ma z czego złożyć ani odtworzyć łańcucha.
Doszłoby do tego zarządzanie retencją po stronie Waszego serwera. Kopie są zaszyfrowane kluczem, którego nie posiadamy, więc przestrzeń przechowywania nie wie, który plik jest bazą dla którego przyrostu — usunięcie kopii pełnej unieważniłoby wszystko, co po niej nastąpiło. Decyzję o usuwaniu musiałaby podejmować aplikacja kliencka, czyli serwer, który atakujący może przejąć. To dokładnie te dwa uprawnienia, których brak jest podstawą odporności na ransomware.
Osobno, niezależnie od uprawnień, liczy się kruchość samego modelu: w wariancie przyrostowym i różnicowym odtworzenie danych wymaga kompletnego, nieuszkodzonego łańcucha plików, a utrata, uszkodzenie lub manipulacja jednym ogniwem może unieruchomić cały późniejszy zestaw kopii. Każda kopia pełna jest natomiast samodzielna — do odtworzenia wystarczy jeden plik, niezależny od wszystkich pozostałych.
Ma to swoją cenę i nie zamierzamy jej ukrywać: kopie pełne zajmują więcej miejsca, a rozliczamy się za ilość przechowywanych danych. Mechanizmem kontroli kosztu jest polityka retencji i częstotliwość wykonywania kopii, ustalane indywidualnie na etapie wdrożenia. Przy dużych źródłach — zwłaszcza maszynach wirtualnych — projektujemy to razem z klientem, a nie ustawiamy domyślnie.